| Poszukiwana... |
|
Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę kiedyś opisywała swoją historie i odkrywanie Bożego planu w moim życiu to na pewno nie uwierzyłabym w to, i zaczęła głośno śmiać się z takiego stwierdzenia. Ja i Boży plan? O na pewno nie! Już ja wolę swój plan na życie! Pan Bóg musiał mieć do mnie dużo cierpliwości, bo ani optymistycznie nie zareagowałam na Jego propozycje, którą odkrywałam w głębi mego serca a co gorsza zaczęłam śmiało targować się i przedstawiać swoje argumenty; gdy to nie przynosiło pożądanego efektu postanowiłam, że odejdę…
W ciszy usłyszałam Twój szept…
„Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, Widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane” (Ps 139, 1-3)
Urodziłam się i wychowywana byłam w rodzinie bardzo wierzącej. Moi rodzice stworzyli mi taki dom, o jakim marzy każde dziecko; dom pełen ciepła i miłości, a to wszystko było jakby otulone wspólną modlitwą – czułam się w nim bardzo bezpiecznie. Od małego miałam jedno marzenie: obym tylko umiała założyć taką rodzinę, jaką założyli moi rodzice! Jednak tu pojawiało się jakieś nieznane „ale”. Tak naprawdę nie wiem od kiedy, nie umiem podać dnia ani godziny… Po prostu odkąd pamiętam czułam to w sobie. Jednak nie wiedziałam, dlaczego to jest gdzieś głęboko w mym sercu i poczułam strach, że może to nie zgadzać się z moimi marzeniami. Bojąc się nazwać to jakimiś myślami o życiu w zakonie a tym bardziej powołaniem nazwałam ten szept w moim sercu „niemym krzykiem”. Od początku miałam sprecyzowane plany na życie. Bardzo chciałam zostać aktorką – już od małego lubiłam publiczne występy. Zaczynając od dziecięcych wierszyków poprzez coraz większą znajomość poezji i literatury odkrywałam swoje zafascynowanie teatrem. A moje małe sukcesy recytatorskie i gra w różnych przedstawieniach dodatkowo mnie utwierdzały w tym, że teatr jest moim miejscem. Można sobie teraz bardzo łatwo wyobrazić, jak ów niemy krzyk wydał mi się jakimś absurdem, który trzeba zwalczyć. Jednak to też nie jest tak, że oddalona byłam od Boga a wręcz przeciwnie. Jako że urodziłam się 8 września otrzymałam na drugie imię: Maria. Moja rodzina od początku zwracała moją uwagę na to, jaka piękna jest to data i faktycznie czułam coś w tym wielkiego – można powiedzieć, że od początku zaprzyjaźniłam się z Maryją. Ta moja przyjaźń objawiała się dziecięcą, prostą miłością i ufnością, bo gdy np. budziłam się przerażona, bo coś złego przyśniło mi się a w domu rodziców już nie było (tu można zaznaczyć też, że jestem jedynaczką) lub też bojąc się ciemności i przejścia w niej do pokoju rodziców zawsze mocno wtulałam się w kołdrę i mówiłam: Mamusiu moja, boję się – przytul mnie do Swego serca żebym mogła spokojnie zasnąć, proszę Cię…- później jeszcze odmawiałam „Zdrowaś Maryjo” i zasypiałam. Raz jako mała dziewczynka złożyłam Bogu obietnice. Było to po mojej pierwszej drodze krzyżowej (jaką pamiętam), na którą zabrali mnie rodzice; wróciłam do domu z płaczem i przepełnionym w sercu żalem: dlaczego ludzie są tak okrutni i zabili Pana Jezusa. W tym cierpieniu, jakie przeżywałam jako dziecko nierozumiejące wielkiego dzieła Odkupienia, złożyłam obietnice: Ja Panie Jezu zostanę Weroniką i otrę Tobie twarz! Za nim przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej cały czas myślałam o bierzmowaniu, o tym, że będę mogła przyjąć takie właśnie imię. W św. Weronice, choć dziś patrzymy na nią w aspekcie legendy, zobaczyłam: siłę, odwagę i miłość do drugiego człowieka; zapragnęłam nimi napełnić także i moje serce. Oczywiście nie rozumiałam na początku, co znaczy otrzeć twarz Panu Jezusowi, ale Bóg nie pozostawia człowieka bez odpowiedzi i wspaniale pokierowałam mnie drogą, w której mogłam spotkać się z wymiarem cierpienia bliźniego. Tak też trafiłam do: pogotowia opiekuńczego, aby dać swoje ciepło i poczucie bezpieczeństwa a otrzymałam w zamian dziecięcą najczystszą miłość; w hospicjum mogłam otrzeć płynące łzy i zobaczyć odbite oblicze Jezusa w cierpiących i pełnych pokoju oczach chorego; odwiedzając chorą na nowotwór sąsiadkę pomagałam w najprostszych czynnościach z życia codziennego i czuwałam, gdy spała w ciągu dnia – to w tedy nauczyłam się kochać i zapragnęłam stać się miłością, ale też i zachwyciłam się pięknem życia i otaczającego nas świata; w szkole dla upośledzonych umysłowo wystarczyła sama moja skromna obecność abym mogła poznać czystą radość z obecności drugiego i poczuć moją wewnętrzną niepełnosprawność w sercu, która leczona była właśnie przez tych, których my uważamy za niepełnosprawnych a nie dostrzegamy pewnych naszych ułomności; wiele spotkań i wiele doświadczeń podarował mi Pan ucząc mnie co znaczy być Weroniką w dzisiejszym świecie. Chyba można tu wyczuć takie ludzkie pomieszanie z poplątaniem, ponieważ z jednej strony widać tą chęć i moje pragnienie bliskości z Bogiem a z drugiej strony pojawia się jakiś bunt. Z czego on w takim razie wynikał? Myślę, że tak naprawdę w tej mojej chęci bliskości, w której owszem nie brakowało szczerości z mego serca, pojawiał się też jednocześnie pewien strach i egoizm. Chciałam budować moje relacje z Bogiem na moich warunkach, wszystko opierało się na: ja, mi, ze mną, dla mnie… Próbowałam przekonać naszego Pana, że poradzę sobie bez Jego planu; mówiłam: przecież mogę założyć kochającą się rodzinę i żyć według najważniejszych wartości oraz pomagać ludziom realizując się w moich planach. Przecież najważniejsze żebym była dobrym człowiekiem i mogę nim być jako aktorka a nie jako… Tu zawsze urywałam, bo nawet nie przechodziło mi to przez gardło. Po prostu przedstawiałam Bogu swoje racje i prowadziłam z Nim wewnętrzny monolog, bo nie chciałam słyszeć Jego odpowiedzi, chciałam żeby On mnie nie tyle nawet, co usłyszał a raczej wysłuchał. Nie angażowałam się w żadne jakieś środowiska religijne a jedynie należałam do parafialnej scholii, ale też nie trwało to zbyt długo – ok. 3 lat. Jednak z własnego wyboru uczyłam się w katolickim gimnazjum i liceum – tam już angażowałam się w różne przedsięwzięcia oraz w przygotowanie cotygodniowej Mszy Świętej. Jednocześnie coraz bardziej rozwijałam swoje zamiłowanie do teatru. Pasja ta rosła z roku na rok a ja coraz bardziej próbowałam uciszyć owy niemy krzyk i targowałam się dalej z Panem Bogiem. Czym jest właściwie ten niemy krzyk? Jest tym, co najważniejsze: szeptem w naszej duszy – w sercu. Im bardziej z nim walczyłam i próbowałam zagłuszyć tym bardziej on stawał się silniejszy. Nie da się przed nim uciec, można jedynie na chwilę uśpić - uspokoić ten szept, ale on powraca i to z mocniejszą siłą. Im bardziej go odpychałam tym silniejszy powracał a w moim sercu pojawiało się wraz z nim cierpienie, ponieważ wiedziałam, że źle robię a mimo tego wciąż uparcie walczyłam… Jednak pewnego dnia powrócił z taką siłą, że nie wytrzymałam i ugięły się moje kolana a ja gorzko zapłakałam. Zanim to jednak nastąpiło podjęłam jeszcze jeden zdecydowany krok przeciw Bogu a tym samym przeciw sobie, bo jeżeli mimo mojego targowania się ten niemy krzyk nadal we mnie był to pomyślałam: zwalczyć go mogę tylko w jeden sposób – odchodzę… Powstaje teraz pytanie: czym było takowe odejście? Przestałam modlić się indywidualnie, ale z drugiej strony zawsze przed pójściem spać czyniłam znak krzyża. Brałam udział w modlitwie rodzinnej, ale tylko dlatego, że nie chciałam robić przykrości rodzicom. Chodziłam na Mszę Świętą i korzystałam z sakramentu pojednania przyjmując jednocześnie Komunie, ale bardzo bałam się i starałam się zamknąć jak najbardziej szczelnie moje serce. Czułam się nieszczęśliwa i przeżywałam to wszystko bardzo głęboko. Moje serce przenikała pewna tęsknota i pragnienie bliskości przy Bogu jednak mimo tego pozostawałam nadal w swej zatwardziałości i starałam się stać człowiekiem całkiem innym niż w rzeczywistości jestem. Można powiedzieć, że nałożyłam na siebie maskę, która coraz bardziej mnie dusiła. Trudno to opisać, bo w tym wszystkim było wiele sprzeczności z jednej strony czułam potrzebę wsłuchania w Ewangelię z drugiej strony wolałam nie słyszeć, bo wiedziałam, iż nawet jedno słowo może spowodować, że to wróci… W liceum pojawiła się pewna „walka” z rodzicami. Stanowczo wyraziłam swoje stanowisko w sprawie mojej przyszłości i pragnienie zdawania egzaminu do szkoły aktorskiej, powtarzając cały czas: Nikt mnie nie przekona do zmiany zdania! Ja nie zrezygnuję! Rodzice powoli zdawali się godzić z tą sytuacją. Zaczęłam chodzić na emisje głosu i mocno zdeterminowana ćwiczyłam dużo w domu. Uczestniczyłam w różnych spotkaniach z aktorami i starałam się poznać każdy zakamarek teatru – również za kulisami. W klasie maturalnej przynajmniej raz w tygodniu musiałam być na jakimś przedstawieniu, inaczej nie czułabym się sobą. Jeśli czasami zmieniały mi się jakieś plany i mówiłam np. że będę zdawała do szkoły policyjnej w Szczytnie – to był to też wyraz buntu skierowany na: Mogę zrezygnować z tego teatru, ale i tak nigdy nie pójdę do…i tu znów urywałam, żeby tylko nie wypowiedzieć. A jak ktoś w mojej obecności zażartował, że może powinnam wstąpić do zakonu to od razu byłam zła i zmieniałam temat mówiąc: wszyscy, ale na pewno nie ja! Najbardziej unikałam rozmów na ten temat z moją babcią, która zawsze mówiła, że jej pragnieniem jest, aby choć jeden z jej wnuków oddał się na służbę Bogu i w tej intencji wiedziałam, że się modli. Z biegiem lat coraz bardziej miałam wrażenie, że babcia upatrzyła sobie mnie i najwięcej o tym mówiła przy mnie a ja zwinnie zmieniałam temat czując w środku złość i bunt. Mimo różnych przejściowych zmienności odnośnie moich planów na studia w głębi rzeczy liczyło się tylko jedno i w ten sposób zaczęłam powoli przygotowywać się do egzaminu do szkoły aktorskiej. Miałam już wybrane teksty, które uczyłam się na pamięć i ćwiczyłam je na emisji głosu, dużo rozmawiając z p. Ewą (moją nauczycielką) na temat sensu wypowiadanych słów, oraz na tym, jak ważne jest uświadomienie sobie, że każde wypowiadane czy też napisane przez nas słowo niesie z sobą treść, za którą jesteśmy odpowiedzialni. Udało mi się, choć z wielkim trudem i wybrałam też piosenki, które chciałam zaśpiewać na egzaminie. Byłam bardzo tym wszystkim zafascynowana a jednocześnie w głębi duszy czułam jakiś niepokój… W końcu przyszedł czas życiowego balu, czyli „Studniówki” a później była już diecezjalna pielgrzymka maturzystów na Jasną Górę. W moim liceum postanowiono, że najpierw pojedziemy do Lichenia. Kiedy tam przyjechaliśmy to wzięliśmy wieczorem udział w adoracji Najświętszego Sakramentu. Przystąpiłam wtedy do spowiedzi świętej, po której uklękłam w ostatniej ławce, czując w sercu z jednej strony radość a z drugiej strony coś takiego innego, jakby powoli coś we mnie pękało… Ksiądz zaczął w tedy nakłaniać nas, abyśmy w tym czasie, który jest nam teraz dany umieli stanąć z otwartością serca przed Panem Bogiem i wyznali Mu to, o czym marzymy, abyśmy nie bali się prosić, ponieważ ten, kto prosi ten otrzymuje. Z początku zaczęłam prosić od razu o zdanie matury i dostanie się do szkoły aktorskiej, ale później zaraz to cofnęłam. Nie wiedziałam tak naprawdę, o co chcę prosić, nie czułam się tego godną: przecież cały czas nic tylko Cię o coś proszę, ale tak naprawdę nie umiem… nie mogę… nie potrafię… Czułam, że te prośby, które zawsze były przez ze mnie kierowane nie były nigdy tak naprawdę prawdziwe, bo nie zgadzały się z tym, co było we mnie, ale jednocześnie nie miałam jeszcze siły, aby wypowiedzieć to prawdziwe pragnienie ukryte w moim sercu. W dalszej części Adoracji trwałam już w ciszy pragnąc po raz pierwszy, aby to Bóg do mnie przemówił, żeby dał mi jakiś znak… Na Jasnej Górze nastąpił taki wewnętrzny przełom, od którego wiele się zmieniło. Nie wiem jak to się stało i jak to w ogóle było możliwe, ale wchodząc do kaplicy, czy to się zagapiłam czy zamyśliłam – nie wiem, w każdym razie zgubiłam moją grupę. Zaczęłam się rozglądać gdzie się podziali aż w końcu mój wzrok zatrzymał się na obrazie Jasnogórskiej Pani. W tedy można powiedzieć, że uderzyła mnie prawda a serce w środku pękło. Zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo walczyłam z Bogiem, jak nie pozwalałam Mu na działanie, jak bardzo skrzywdziłam samą siebie i jak usilnie starałam się nie widzieć tego, że choć ja odwróciłam się od Boga to On nigdy mnie nie zostawił walcząc o mnie poprzez różne sytuacje, które mnie spotykały i czekając cierpliwie aż do Niego powrócę. Moje serce napełniło się w tedy skruchą i jedyne, co umiałam powiedzieć w tej chwili to tylko jedno małe a zarazem tak wielkie słowo „przepraszam”. To wszystko nie trwało długo, jakby to się mogło zdawać. Były to tak naprawdę ułamki sekund w trakcie, których fala takiej świadomości uderzyła w moje serce, a to, co niewypowiedziane pękło we mnie. Po powrocie z pielgrzymki czułam, że coś się zmieniło – że ja chcę się zmienić. Na początku bardzo płakałam i przepraszałam za to, co było złe z mojej strony, ale przede wszystkim po raz pierwszy powiedziałam, że choć się boję to chcę wypełnić wolę Boga w moim życiu obojętnie, jaka byłaby to droga, ale potrzebuję Panie Twojej pomocy i trochę czasu, aby w sobie wszystko od nowa poukładać. Nikomu nie mówiłam o tym, przez co przechodziłam. Postanowiłam od nowa nijako powrócić do Boga, zbliżyć się jeszcze bardziej. W ten sposób wróciłam do modlitwy, w której nie chodziło już o suchy monolog z mojej strony, ale o prawdziwą rozmowę z Bogiem, ponieważ w ciszy mówi najgłośniej. Zaczęłam chodzić na Mszę Świętą już nie tylko w niedziele i święta, ale też w dni powszednie, zaczęłam również czytać Pismo Święte i nazywać pewne rzeczy po imieniu ucząc się stawania w prawdzie zarówno przed Bogiem, jak i przed samym sobą. Pod koniec klasy maturalnej miałam jeszcze na Mszy w liceum Czytanie. Długo nie wiedziałam, jak się za to zabrać aż w końcu postanowiłam wykorzystać to wszystko, co tak długo ćwiczyłam i czego się nauczyłam przez ten czas przygotowań do egzaminu do szkoły aktorskiej. Chciałam być świadomą tego, co czytam, poznając każde słowo z osobna i zastanawiając się, jaka jest w nim treść. Dużo czasu spędziłam w domu wczytując się fragment po fragmencie w owe czytanie i powtarzając w kółko linijkę po linijce do póki nie poczułam, że stała się w pewien sposób moją… Po Mszy Świętej w trakcie, której miałam owe Czytanie, podszedł do mnie ksiądz i powiedział: Tyle razy już na Mszy czytałaś, ale dziś było inaczej – dziś to widziałem. Później jeszcze parę osób zwróciło mi podobną uwagę i w tedy zrozumiałam. Zrozumiałam po co był ten czas i że to wszystko miało, i ma sens. Zrezygnowałam ku zaskoczeniu całego otoczenia z moich planów związanych z aktorstwem i zapragnęłam tego dzielenia się „słowem”, ale teraz już jakby na innej płaszczyźnie dotykając go jeszcze głębiej. Nie czułam się jednak gotową na wstąpienie do zakonu, byłam jeszcze przepełniona strachem i potrzebowałam czasu. Po wakacjach rozpoczęłam swoje studia na polonistyce. Wydawać mogłoby się, że po tym wszystkim będzie już kolorowo. A jednak ten czas przyniósł z sobą moc doświadczeń na różnych płaszczyznach. Najtrudniejszy był fakt, że spotkałam chłopaka, który nie był mi obojętny. Na początku broniłam się i wmawiałam sobie, że jest to przyjaźń, ale jednocześnie wiedziałam, że tak naprawdę jest to coś większego, ponieważ wolałam, aby mnie dotknęło jakieś cierpienie czy coś w tym stylu niż by to miało dotknąć jego; ja mogę cierpieć, ale on niech pozostanie zdrowy i szczęśliwy a ja gotowa byłam wszystko przyjąć na siebie. Nie rozumiałam tego wszystko, bo jeśli to, co czyste i dobre pochodzi od Boga to, dlaczego po tym wszystkim, po tej całej walce, gdy już powoli oswajałam się z tym wszystkim teraz sprawia, że takie a nie inne uczucia rodzą się w moim sercu? Nie umiałam tego wszystkiego sobie poukładać, wciąż zadawałam pytania: Dlaczego? Czy to ma być jakaś próba?! Nie zostawałam w tedy bez odpowiedzi, bo im bardziej pytałam i odkrywałam, jak bardzo zależy mi na tym chłopaku tym silniejsze było bicie serca i ten szept Miłości (już nie nazywałam go „niemym krzykiem”), który mówił, że to nie ta droga. Jeszcze bardziej rosło pragnienie służby Bogu i drugiemu człowiekowi. Nie rozumiejąc tego wszystkiego i czując się coraz słabszą pojechałam na nocne czuwanie do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Myśliborzu. Tam całą noc spędziłam na modlitwie – zastanawiając się nad jednym, czy umiem powiedzieć „ufam”? Postanowiłam zaryzykować, oddać wszystko Jezusowi Miłosiernemu i wierząc w to, że On mnie nie opuści i będzie wiedział, co mam zrobić wyznałam swoje: Jezu ufam Tobie! Oddając całkowicie zarówno tego chłopaka, jak i siebie Miłosiernemu Sercu, które najbardziej nas kocha. Udało się! Zaraz po powrocie z Myśliborza pojechałam jeszcze do Domu Generalnego Sióstr Uczennic Krzyża, aby w duchu modlitwy wsłuchać się w ciszę a tym samym w szept w głębi serca. Powróciły do mnie słowa, którymi od dłuższego już czasu kierowałam się w moim życiu: Pamiętaj o Krzyżu! Tak, chcę przyjąć mój krzyż na me ramiona, mimo że teraz nie rozumiem, ale ufam Tobie Miłosierny i wiem, że warto. Moja siła ukryta jest w Miłości Ukrzyżowanej, której pragnę ofiarować siebie i która daje mi szanse powstania, oraz nowe Życie. Kiedy wróciłam do domu czułam się przede wszystkim bardzo silna i postanowiłam uczynić kolejne kroki na przód. Na początku była bardzo owocna rozmowa z proboszczem, po której porozmawiałam z moimi rodzicami o moich planach. Choć tak naprawdę trudno było to nazwać rozmową, ponieważ cały czas płakałam. Wśród wielu słów, które wypowiedzieli moi rodzice najbardziej przemówiły do mnie słowa taty, który miał oczy pełne łez i powiedział: Z Bogiem walczyć nie będę, bo nie mam prawa. Ale proszę Cię o jedno: skończ najpierw studia. Nie wiedziałam, co powiedzieć… Spotkałam też pewną siostrę zakonną, której opowiedziałam o tym, co przeżywam i zdecydowałam się na to, aby między mną a tym chłopakiem nastała cisza. Dziś wiem, że to był bardzo dobry i piękny czas mimo swej trudności oraz pewnego też cierpienia. Wiem, że to było i na zawsze pozostanie pięknym doświadczeniem, ponieważ zrozumiałam, że mogę kogoś pokochać i może ktoś stać się dla mnie kimś naprawdę ważnym, ale jednocześnie mogę to wszystko oddać Bogu i jeszcze pełniej ofiarować Mu siebie. Dzięki temu doświadczeniu jeszcze bardziej zapragnęłam bliskości i ofiarowania się pełni Miłości, czyli Jezusowi. W śród wielu doświadczeń było jeszcze jedno, otóż moje studiowanie na polonistyce dobiegło końca, ponieważ nie zaliczyłam dyktanda. Można by długo teraz opisywać całą historie, ale nie to jest najważniejsze, lecz fakt, że stanęłam przed pytaniem: Co dalej? Może wydać się to niektórym niezrozumiałe i może trochę absurdalne, ale rozpoczęłam nowe studia i to na kierunku: Nauki o Rodzinie. Dlaczego? Ponieważ nadal nie czułam się gotową, aby wstąpić do zakonu i nie wiedziałam też, jakie miałoby to być zgromadzenie, po drugie wiedziałam, że moje serce nie jest jeszcze wolne i nie chcę uciekać przed tym, co trudne – chciałam zmierzyć się z tym wszystkim w mojej codzienności i w dotychczasowym środowisku, aby dojrzewać do podjęcia decyzji. A do tego wciąż powracały do mnie słowa mojego taty i może też w pewien sposób chciałam urzeczywistnić marzenia moich rodziców związane ze studiami mając też świadomość, że i oni powoli będę do tego, co Bóg przygotuje dojrzewali i łatwiej przyjmą moją decyzje. Czas studiów, choć czasami bardzo trudny, bo serce coraz bardziej pragnie i wyrywa się do przodu sprawia, że coraz bardziej odkrywam z jednej strony piękno rodziny a z drugiej strony szept w moim sercu, który mówi mi o innej drodze. Na początku studiów pojawiło się w pewien sposób takie pragnienie macierzyństwa. To właśnie w tedy zrozumiałam też, że nie mogłabym być dobrą siostrą zakonną, jeśli nie będę dobrą matką. Choć na tej drodze przyjmie to trochę inny charakter, bo będę niczym matka, czy też siostra dla tych, do których zostanę posłana. Przez ten czas spotkałam na mej drodze wiele wspaniałych osób, od których otrzymałam wsparcie w różnych trudnych chwilach. Są oni moim oparciem i dziękuję Bogu za to, że tak wielu ich posłał opiekując się tym samym mną, żebym już nie była tak małoduszną. Dziękują Bogu za przyjaźń, którą mi ofiarował a która po wielu próbach teraz owocuje. Drogą do Boga jest drugi człowiek – tą prawdę odkrywam zarówno, gdy spotykam bliskie mi osoby oraz tych, którzy zadają mi czy też innym ludziom cierpienie. Uczę się patrzeć na Krzyż i adorować cierpienie, które przyniosło nam Zbawienie. Krzyż nie miałby sensu bez Zmartwychwstania, którego nie byłoby gdyby nie Krzyż. W mym życiu pragnę wpatrując się w Miłość Ukrzyżowaną podążać drogą, którą odczytuję jako moje powołanie. A pragnę wypełnić je tylko w jeden sposób: poprze miłość. Ofiarując siebie Maryi pragnę sama stać się miłością, aby całym sercem – całą sobą służyć Bogu i bliźniemu. Każdemu młodemu człowiekowi pragnę powiedzieć: Odwagi! Jezus Cię kocha! Z Maryją zwyciężysz! Od chwili, kiedy moje kolana ugięły się po tej całej walce postanowiłam zaufać i otworzyć moje serce na każdą drogę zarówno zakonną, ale też i na drogę małżeństwa wstępując nawet do RCS (Ruchu czystych serc). Dziś coraz bardziej rozeznaję, że drogą przygotowaną dla mnie jest życie we wspólnocie zakonnej. Wiem, że dla mnie zbliża się coraz bardziej dzień podjęcia decyzji i coraz konkretniejsze kroki czynię ku temu, ale też pragnę zaznaczyć jeszcze jedno, że nie jestem pewna mojej drogi! To jest właśnie piękne, że nie można być nigdy pewnym! Pewność jest tu tak naprawdę niepewnością, ale jestem w tym wszystkim spokojna, bo wierzę, że pozostając otwartym i trwając na modlitwie z pomocą Ducha Świętego, będę umiała dobrze rozeznać moją drogę – moje powołanie. A co jest tu bardzo ważne to fakt, że powołanie jest wielkim darem. Pisząc „powołanie” mam namyśli zarówno życie na drodze małżeństwa i rodzicielstwa, jak i kapłaństwa, życia zakonnego, czy też misyjnego itp. Jest to wielki dar, który Pan Bóg chce ofiarować człowiekowi, nie zmuszając go do jego przyjęcia, ponieważ pozostawia nam wolną wolę. Ale trzeba pamiętać, że powołując daje nam też siłę do wypełnienia Jego woli i NIGDY nie zostawia nas samych; nie daje nam czy też nie powierza nam jednocześnie czegoś, czego nie będziemy mogli w stanie unieść. A co z naszą niepewnością? Tu jest właśnie miejsce na nasze zaufanie – tylko i aż tyle, ale warto! Na koniec pragnę przytoczyć słowa jednej z moich ulubionych piosenek:
Strach mój sprawia, że się cofam, lecz dzięki Twej Miłości; Nie tylko na przód idę, lecz biegnę…!
Powołanie to cenny dar Boży, którego nie chcę zmarnować i każdego dnia uczę się na nowo wypowiadać moje TAK, ponieważ: Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę (Jerzy Liebert). Jestem świadoma, że tak naprawdę nie zasłużyłam na to wszystko, co zostało mi ofiarowane i że od tych, którym wiele dano będzie się też wiele wymagać. Bogu dziękuję za wszystko, co było, jest i będzie w ufności powtarzając: Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie – Amen.
Agnieszka Jabłońska
|


















