Siostra...

    Kościół w dokumentach dotyczących życia we wspólnocie, także w odniesieniu do konsekrowanych kobiet, używa określenia "braterstwo". Nie ma zatem określenia "siostrzaność".

    To ze względu na Trójcę Świętą chrześcijańska wspólnota jest nazywana braterską, nie siostrzaną. Aby mieć udział w synostwie Jezusa człowiek staje się duchowym bratem, bez względu na to, czy jest mężczyzną, czy kobietą. W tym znaczeniu św. Paweł nie wyróżnia płci (Ga 3, 28). Wszyscy są synami w Synu (Ga 3, 26). Jeśli więc będziemy szukać nauczania Kościoła dotyczącego „siostrzaności” trzeba będzie sięgnąć do „braterstwa we wspólnocie”.
    Co zatem znaczy dla mnie być siostrą we wspólnocie i być nią dla ludzi spoza wspólnoty? Nie będą to rozważania czysto teologiczne, a raczej świadectwo. Mam za sobą prawie 25 lat życia w siostrzanej wspólnocie. Ktoś powie: dużo. Ja myślę, że ciągle zbyt mało, aby powiedzieć, że umiem już żyć. Wspólnota, a w niej każdy człowiek, jest darem, a zarazem zadaniem na całe życie. Doświadczam tej prawdy codziennie. Kiedy przychodzę ze szkoły i znajduję w nim siostry wiem, że czeka mnie ciepły obiad, ale także kilka „kobiet” ze swoimi charakterami, emocjami, przeżyciami...
    Do tej ekipy dołączam i ja, z moim własnym bagażem. Nie wybrałam sobie sióstr we wspólnocie, ani one mnie. Wybrał je Bóg przez osobiste powołanie, potem ten wybór potwierdziła wspólnota. Zdaję sobie sprawę, że tylko w Bogu osoby ludzkie mogą poznać powszechne braterstwo. Po ludzku można zbudować, co najwyżej lepiej lub gorzej prosperującą firmę.
    Dla mnie braterstwo opiera się na wierze, współczuciu oraz na przymierzu. Bez ducha wiary życie we wspólnocie byłoby prawie niemożliwe. Pozostajemy przecież dalej zwykłymi ludźmi. Bez współczucia niemożliwym byłoby dźwigać z miłością ciężary innych z nadzieją, że mogą stać się lepszymi. Przymierze zawarte z Bogiem i wspólnotą pozwala mi wierzyć w szczególną pomoc Boga – łaskę potrzebną do wytrwałego budowania więzi miłości.
    Obecnie żyję w małej sześcioosobowej wspólnocie. Małe wspólnoty, jak się okazuje, nie stwarzają łatwiejszego stylu życia, ale stawiają swoim członkom większe wymagania. Każda z nas widzi drugą jak na dłoni. Możemy to porównać do życia w rodzinie, w której nie można ukryć swoich problemów i radości, w której dzieli się pracę, modlitwę i odpoczynek. Jeśli nie żyję w centrum tych wydarzeń, nie jestem autentyczną siostrą dla moich sióstr. Staję się obojętną, czyli porzucam krzyż, jaki wspólnie obiecałyśmy dźwigać we wspólnocie. Braterstwo musi być obecne we wszystkich głównych elementach życia społeczności zakonnej: modlitwie, praktyce rad ewangelicznych, apostolstwie i przede wszystkim w życiu wspólnotowym.
    Dla ludzi spoza wspólnoty, których spotykam codziennie, jestem przede wszystkim siostrą, siostrzyczką... Powierzają mi swoje kłopoty, intencje na modlitwę, zwierzają się ze swoich zmartwień, proszą o radę, pomoc. Być dla nich siostrą to: być z nimi, współczuć im, współodczuwać, jeśli możliwe - pomóc. Jak to robić? Myślę, że z całą prostotą. Bóg sam podpowiada sposoby. Ostatnio „walczymy” o uratowanie kilku rodzin. My, modlitwą i ofiarą, oni, zadbaniem na nowo o swoją wzajemną miłość. Niekiedy jest to tragiczna walka wbrew prognozom i opiniom. Jedna z pozostawionych żon przyjeżdża porozmawiać i wie, że może to uczynić nawet późno wieczorem. Jak mówi, przychodzi jak do najbliższych osób, a nawet bardziej, ponieważ ze swoimi bliskimi nie może szczerze porozmawiać o swoim bólu.
    Być siostrą, to być blisko ludzi niosąc im nadzieję na to, że ich sprawy będą w mojej codziennej modlitwie, w serdecznej pamięci. Słowo „siostra” zobowiązuje do takiej otwartości, która wzywa do porzucenia egoizmu, zabezpieczeń przed innymi. Jezusowi zależy na każdym: małym i dużym. Mnie, jako siostrze, zależy na tym, aby zanieść im Jego miłość. Nie mówię, że potrafię. Każdego dnia próbuję na nowo.

 

                                                                                               s. Ancilla